[główna]
Tytułem wstępu

Przyznam się szczerze, że przez prowadzenie blogów od pięciu lat zapomniałem, jak prowadzi się normalną stronę tzw. domową. Muszę przyznać, że blogi były o wiele bardziej pociągające z wielu względów - po pierwsze łatwiejsze do prowadzenia, dzięki tym wszystkim formularzom i szablonom, poza tym miały wbudowaną księgę gości oraz możliwość komentowania, co pozwalało na kontakt z czytelnikami. Niestety, poprzez ciągłe zmiany blogów, straciłem część widowni. Nie jest to chyba najbardziej odczuwalną stratą, jak mniemam, ponieważ w sporej liczbie byli to ci, którzy podbijali sobie u mnie popularność albo traktowali go po towarzysku. Fakt, pierwsze blogi miały taki charakter, ale dość szybko zacząłem je traktować jako tubę do wygłaszania swoich teorii na różne tematy, pisać długie teksty, które już ledwie garstka czytała, a komentatorów miałem trzech. Przełomowy był blog pt. "wielki nieo" (w domyśle "-becny"), gdzie niczym Człowiek Śmiechu z "Ghost in the Shell: Stand Alone Complex" dokonałem drastycznego wycofania się. Wycofałem się z brylowania w towarzystwie, a także z pisania rzeczy bardziej rozrywkowych. Od tej pory prowadziłem nudny dziennik wewnętrznych przemian, od czasu do czasu przetykany tylko czymś mniej osobistym, choć nawet i te teksty nosiły silne znamiona okoliczności, w jakich powstały (np. pisałem, że coś tam wymyśliłem w wannie, niczym Archimedes). Ludzie, wynudziwszy się, odpadli z czasem. Widocznie taka moja karma. Ostatni blog, który miał być próbą powrotu do tej trochę większej popularności nie odniósł sukcesu. Może jestem zbyt niszowy i za mało się reklamuję, ale podobnie jak wszyscy wielcy szaleńcy przyjąłem, że albo jestem dobry, albo potrzebuję wsparcia promocji. Stwierdziłem tak przy pełnej świadomości czasów, w jakich przyszło mi żyć. Z pokorą przyjmuję, że nie jestem aż tak wielki itd., a zatem przechodzę do kolejnej odsłony, mam nadzieję, że tym razem ostatecznej... Nie, ale serio - postanowiłem na tej stronie zebrać, wybrać, poprawić i może uzupełnić kilka tekstów, które popełniłem w swojej blogowej działalności od 2002 roku. Blog wszystkich blogów? Blog ostateczny? Kto wie?
Tym razem nastawiam się tylko na nadawanie, mając świadomość, że jestem trochę inny i choćbym się napinał, nie uzbieram wielu dyskutantów dla swoich pomysłów. Jeżeli już, to dyskutuję na forach ku temu poświęconych. Tam zawsze się komuś chce. Aczkolwiek odkąd przestałem pytać, a zacząłem obserwować, odkąd wycofałem się, coś uległo zmianie i pomimo iż wydaje mi się, że pojmuję świat lepiej niż kiedyś, to trudniej mi przekazać swoje spostrzeżenia ludziom. Może to być efekt podejścia ludzi z for, którzy w pierwszej kolejności mówią, w drugiej czytają, co powoduje wiele nieporozumień i zbędnych dyskusji. Zamiast mnie wysłuchać, chcą mówić. Co gorsza, podejrzewam, że cierpię na tę samą przywarę. Niemniej jednak, znając problem, opracowałem rozwiązanie - zmusić ludzi do czytania. Albo odejścia, ich wola. Skoro komunikacja jest zaburzona, to po co się szamotać? Skoro jestem niczym jeden z bohaterów Jima Jarmuscha, to niech będę Donem Johnstonem, który nie miał z tym problemów. Wydaje mi się, że takie postawienie sprawy - trochę w stylu izolacjonizmu spod szyldu The Residents - powinno zaowocować bardziej nastawieniem na treść niż bycie Mr. Popularem. Jeżeli nie, to przepraszam PT Czytelników, ale obiecuję się starać.
Decyzją moją nie będzie ze mną kontaktu, chyba, że mnie znacie i wiecie, jak dotrzeć. Tutaj nie będę zostawiał żadnego adresu, ani nic takiego. Mam coś do napisania, przekazania światu i na tym koniec. Reakcja świata zewnętrznego mnie nie obchodzi. Buddyzm uczy, że przyczyną nieszczęścia są pragnienia. Jeżeli czegoś chcemy, a tego nie dostajemy, to jesteśmy nieszczęśliwi. Jeżeli niczego nie oczekujemy, to cieszymy się z wszystkiego, co nas spotyka, o ile jest to pozytywne. Negatywne doświadczenia powinny być potraktowane jako lekcja. To chyba jedyna rzecz, jaką zapamiętałem z lachrymologii - filozofii stworzonej przez zespół Tool na użytek własnych płyt, więcej TU - wszystko, co nas spotyka jest naszą i tylko naszą winą. Jeżeli nas oszukano, to dlatego, że nie zabezpieczyliśmy się. Jest to radykalne podejście i z czasem, obserwując różne wydarzenia, doszedłem do wniosku, że nie zawsze tak jest, co nie znaczy jednak, że nie powinniśmy się uczyć na naszych błędach. Choć oczywiście, lepiej na cudzych. I wracając do wątku z początku akapitu - państwo wybaczą, mam ADHD i myślę, a co za tym idzie, również wyrażam się chaotycznie; będę robił dużo dygresji w swoich tekstach - no więc wracając do myśli z początku: oczekiwałem wielkiego uznania, lecz nie otrzymywałem go, czułem się niedoceniony (choć to nie musi być prawdą, ostatnio dowiedziałem się przypadkiem o co najmniej jednym cichym czytelniku, który nie skomentował ani razu nic publicznie, a jednak gdzieś tam był), a w efekcie byłem nieszczęśliwy. Stawiając swoisty mur między czytelnikami a mną, mam nadzieję wyleczyć się z tej pychy.

Pozdrawiam,
Fellow Traveler to the Other World
1 maja 2007