[główna]
Autobiografia duchowa

Zanim na dobre przejdę do dalszego pisania, chciałbym napisać coś o sobie. Nie dlatego, że chcę być bohaterem tej strony, tylko dlatego, że przyjmuję rolę narratora lub przewodnika po świecie swoich spostrzeżeń. Przyjmuję rolę pryzmatu, przez który będziecie mogli obejrzeć rzeczywistość. A zatem wydaje mi się, że warto by było przybliżyć kilka faktów.
Nie czuję się chrześcijaninem, pomimo iż dwa tygodnie po moim urodzeniu ochrzczono mnie. Z racji, że nikt nie pytał mnie o zdanie w tej kwestii, nie traktuję tego bardzo wiążąco. Ot, jestem wpisany do odpowiedniej księgi w odpowiedniej parafii. Sztucznie zawyżam liczbę katolików w Polsce. Swoją drogą, ciekawe, ilu by ich zostało, gdyby tacy jak ja nagle się wypisali, jednego dnia? Pewnie nadal sporo, choć byłaby to niewątpliwie ujma dla wizerunku - swoistego monolitu, spoidła 96% Polaków itd. No cóż, może kiedyś się doczekam, na razie nie spędza mi to snu z powiek.
Jak pisałem w "Dwa", idę zawsze swoją drogą, ale od czasu do czasu przyłączam się do różnych wycieczek, żeby podpatrzeć, czy przypadkiem nie wymyślam po raz drugi koła. Jak do tej pory nic takiego nie stwierdziłem na pewno, choć od lat intryguje mnie z kilku powodów buddyzm. Przez wiele lat próbowałem dopasować rzeczywistość do chrześcijańskiej teorii, wciąż ponosząc porażkę, ponieważ zawsze było coś, co nie pasowało, czasami zaledwie jeden element, który jeżeli w końcu się udało dopasować, to psuł ułożenie jakiegoś innego. Przypominało mi to układanie kostki rubika, której nigdy nie udało mi się ułożyć z mniej więcej tego samego powodu. Nie chciałem nigdy posługiwać się argumentem: "Wystarczy uwierzyć, aby to nabrało sensu". Takie podejście jest w moim odczuciu bardzo niebezpieczne. Dlaczego? Ponieważ jeżeli uwierzymy, to bardzo wiele rzeczy nabierze sensu. Kiedyś ludzie uwierzyli w komunizm, i nie tylko "ciemne masy", ale również artyści, poeci i myśliciele; była wśród nich np. Wisława Szymborska, która co prawda potem zrozumiała swój błąd, ale w pierwszej chwili sama uległa fascynacji komunizmem. A przecież jeżeli się uwierzyło, to wszystko nabierało sensu - praca do zatyrania, walka z wrogiem klasowym i ogarniającym świat imperializmem. A piętnaście lat wcześniej zawojowano świat pod hasłami nazizmu, który po uwierzeniu też miał sens. Ktoś powie - no ale zaraz, przecież komunizm skończył się raz dwa, a chrześcijaństwo trwa już ponad 2000 lat (choć jeżeli uwzględnić korektę błędu tworzących kalendarz, to właściwie równe 2000 lat). Niby tak, ale jak powiedział Budda Siakjamuni:

Nie wierzcie w jakiekolwiek przekazy tylko dlatego, że przez długi czas obowiązywały w wielu krajach. Nie wierzcie w coś tylko dlatego, że wielu ludzi od dawna to powtarza. Nie akceptujcie niczego tylko z tego powodu, że ktoś inny to powiedział, że popiera to swym autorytetem jakiś mędrzec albo kapłan, lub że jest to napisane w jakimś świętym piśmie. Nie wierzcie w coś tylko dlatego, że brzmi prawdopodobnie. Nie wierzcie w wizje lub wyobrażenia, które uważacie za zesłane przez Boga. Miejcie zaufanie do tego, co uznaliście za prawdziwe po długim sprawdzaniu, do tego, co przynosi powodzenie wam i innym.1

Zawsze powtarzałem, że jestem empirykiem. A w chrześcijaństwie zawsze mi coś nie pasowało. Ale empiryzm - w przeciwieństwie do tych, którzy postępowali tak, jak im kazano, ja musiałem na własnej skórze przekonać się o kilku rzeczach. Z tego powodu też uważam popełnianie błędów za jedną z metod poznawczych świata. Bolesną, ale widać mam masochistyczną naturę. Jak powiedział Marcel Proust: "Żeby podróżować, nie trzeba się przemieszczać, wystarczy zmienić punkt widzenia". M.in. dlatego mam czelność nazywać się podróżnikiem; pomimo swej pogardy dla słów (nie mylić ze Słowem, ale do tego jeszcze dojdę), dużo czytałem i w ten sposób odbyłem wiele podróży do innych światów. Książka jest najpełniejszym sposobem oddania czyjegoś sposobu myślenia. Film może porwać klimatem, obrazem, oprawą dźwiękową lub tematem, ale tylko książka daje możliwość wejścia komuś do głowy i spojrzenia na świat z jego perspektywy. Wybrałem dość ryzykowną w sumie metodę i czytałem wszystkie kontrowersyjne rzeczy, w liceum dorwałem się do "Biblii szatana" La Veya, na studiach do pism markiza de Sade'a. Można powiedzieć, że poszedłem nad samą krawędź i spojrzałem w dół. A potem stwierdziłem, że to nie to. I nie chodzi, że się przeraziłem, bo takie straszne to było. W gruncie rzeczy byłem rozczarowany płytkością i chaotycznością La Veyowskich wypocin. Był dość zręcznym sofistą, który bezwzględnie wyśmiewał różne chrześcijańskie mity - mniej lub bardziej prawdziwe, po latach wydaje mi się, że niektóre rzeczy wymyślił lub wyolbrzymił, żeby je zaatakować - ale wyłożył się, kiedy chciał złapać za dużo srok za ogon i zabrał się za I-Cing oraz filozofię Dalekiego Wschodu. Z kolei de Sade dążył do samozniszczenia i całkowitego zapomnienia. Nie udało mu się - dziś jest dość znany, chociażby z tego, jak przysłużył się psychopatologii.
Nigdy nie szkoliłem się w zakresie filozofii Dalekiego Wschodu, nie potrafię odróżnić, które powiedzenia są chińskie, a które japońskie (żeby pokazać to obrazowo: wyobraźmy sobie, jak różnią się Niemcy i Polacy), nie ćwiczyłem żadnej sztuki walki, ani nie czytałem pism różnych mędrców. Wydaje mi się, że po prostu czułem to. Zalążek późniejszego impresjonizmu, głęboko ukryty przede mną samym. Odkąd pamiętam miałem wrażenie, że o wiele więcej mądrości jest w jednej wróżbie z chińskiego ciasteczka niż wszystkich pismach św. Tomasza z Akwinu. Nie potrafię tego wytłumaczyć, podobnie jak nie potrafiłem wytłumaczyć, dlaczego potrafię "w głowie" wykonywać różne przekształcenia matematyczne, które innym zajmują całe kartki obliczeń (ale też jest to dość ograniczone, o czymś takim, jak całka mogę zapomnieć). Po prostu patrzę i wiem. Podobnie miałem z Dalekim Wschodem. Ostatnio znajomy spytał mnie, co takiego fascynuje mnie w buddyzmie. Chyba nic. Nie fascynuję się nim, po prostu uważam za najtrafniej opisujący rzeczywistość. Po części bierze się to z uczucia wyobcowania, jakiemu byłem poddany od prawie zawsze. Już w przeszkolu czułem się inny. Nie chcę rozstrzygać, czy byłem gorszy, czy lepszy, bo nie ma to znaczenia. Byłem inny, byłem niejako na zewnątrz. Takie okoliczności zmuszają do obserwacji. Siedzi człowiek z boku i obserwuje, a patrząc z tej perspektywy widzi więcej, pełniej, ale też - że tak to nazwę - teoretyczniej. Choć jestem towarzystki i wielokrotnie lgnąłem do ludzi, a nawet ich naśladowałem na różnych polach, to nigdy nie potrafiłem się wpasować. Na chwilę tak, ale nigdy na dłużej. Ale pozwoliło mi to uzupełnić obserwowanie z zewnątrz. Odwieczna kwestia: obserwować spoza strumienia wydarzeń, czy ze środka? Ja połączyłem te dwie metody. I tak dotarłem do kolejnego typu podróży - poznawanie różnych ludzi. Podobnie jak lektura La Veya i de Sade'a nie zmieniło to mojej natury. Wzbogaciło, owszem, ale to nadal byłem ja.
Do dziś mam awersję do przyjmowania pewnych prawideł, bo tak jest gdzieś zapisane, co może wydać się paradoksalne w moim przypadku. Podobno przez pierwszy rok prawie nie mówiłem, wprawiając rodzinę w lekki niepokój. Po roku zacząłem wysławiać się pełnymi zdaniami, wprawiając w osłupienie ludzi na przystankach itd. Miałem więc talent do słów. W wieku lat 17 zacząłem pisać i czynię to po dziś dzień. Niczym Richard Burton lub Fryderyk Nietzsche żyję "pod ciągłym naporem myśli", które muszę konwertować na litery, słowa, zdania oraz akapity, a te przekuwać w dłuższe formy, których nie potrafię - poza opowiadaniami, ale mowa tu tylko o formie, nie gatunkach - zakwalifikować. Pomieszanie z poplątaniem. Esejo-publicystyko-artykuły balansujące od osobistych doświadczeń po suche wnioski i z powrotem. Chciałbym się kiedyś nauczyć pisać prosto i przejrzyście.
Obiecałem wrócić do Słowa. O ile mój ojciec zaszczepił we mnie umiłowanie dalekowschodnia filozofią podczas tak zwanego przeze mnie okresu ezoterycznego, to potem szybko się z tego wycofał. Oboje moi rodzice byli bioenergoterapeutami (no, niezupełnie, ponieważ chodzi o Reiki, nie bioenergoterapię), ja sam byłem na kursie samokontroli umysłu metodą Silvy, mieliśmy w domu takie cudeńka jak cylindry faraona, wahadełka, świeczki Indian Hopi, miernik witalności itede itepe, gościliśmy nawet w domu dość znaną w środowisku osobę, można powiedzieć, że New Age pełną gębą. A potem nagle się urwało. Po jakimś czasie mój ojciec zaczął chodzić do jakiegoś dziwnego kościoła, jak się wkrótce okazało - protestanckiego, gdzie pozostał. Dość szybko dołączyła do niego matka. A ja zostałem przy powiewie orientu. Trochę żałuję, że chrześcijanie są tacy restrykcyjni, traktując wszystko inne jako z natury złe. Nie mówię, że marzyłby mi się synkretyzm religijny, bo to nie przejdzie, ale trochę luzu. No, w każdym razie moja karma pchnęła mnie w kolejną podróż. Po części to zasługa rodziców, po części znajomego, który pokazał mi pewne forum, gdzie poznałem jeszcze innych chrześcijan. Bardziej wyszczekanych, choć obcykanych w swojej wierze. Ujęli mnie, co nie było trudne, zważywszy na fakt, że do tej pory spotykałem polskich katolików. Nie wątpię, że są wśród nich wybitni ludzie, ale w większości przypadków natykam się na pozbawionych wiedzy nt. własnego wyznania pieniaczy, którzy zaciekle potrafią bronić swojej wiary i poglądów, chociaż tak naprawdę nie są w stanie powiedzieć o niej nic poza kilkoma komunałami. Kiedy trafiłem na owe forum, ojciec próbował mnie wciągnąć w swoją protestancką praktykę. Ludzie byli tam mili, owszem, ale to nie było to. Niemniej jednak poznałem różne teorie dotyczące Słowa, tego, że od niego wszystko się wywodzi, że jest podstawą itd., skąd rozumiem dlaczego u niektórych taki szacunek dla słowa w ogóle. Dla mnie słowo jest czymś wtórnym, wytworzonym przez człowieka w celach komunikacyjnych. Zdaję sobie sprawę z kilku nieścisłości tej teorii, ale o nauce jako takiej jeszcze wrzucę kiedyś dłuższy tekst; nie chcę się powtarzać. W skrócie powiem tylko tak: nie twierdzę, że możemy wyjaśnić wszystko, ale to, czego nie możemy, nie ma sensu wypełniać tzw. bogiem-zapchajdziurą. Gdyby sporządzić mapę ludzkiej wiedzy, to stwierdzilibyśmy, że bardziej uzupełnione były mapy świata ze średniowiecza. Niestety. Jedną z rzeczy, których nie potrafię wytłumaczyć w kwestii języka, to dlaczego języki ubożeją. Zupełnie jakby powstały bogate i traciły to. Językiem posiadającym najwięcej słów jest hebrajski (nie pamiętam dokładnie, kilka razy więcej niż języki nowożytne). Powiem tylko, że to ciekawe.
W każdym razie chrześcijaństwo jak dla mnie przypomina trochę ser, który po prostu ma dziury. Może nie jak sito - przynajmniej na pierwszy rzut oka - ale jednak. Tym bardziej, że kierowałem się powyższym cytatem Buddy Sakkjamuni. Cytat ten, jak można wyczytać z przypisu, sprawdza się tylko do pewnego momentu, ale mimo wszystko. Nie wiem, na ile sytuacja Kalamów jest podobna do tej, jaka panuje w naszej newage'owej epoce, ale myślę, że można dostrzec pewne podobieństwa.
I na tym zakończę moją autobiografię duchową, ponieważ w tym miejscu znajduję się teraz. Przytoczyłem ją, żeby być może moje teksty były bardziej przejrzyste. Jeżeli nie, to mam nadzieję, że chociaż przyjemnie się czytało.

___________________________
1 Szerszy kontekst tej wypowiedzi TUTAJ.
13 maja 2007